Menu

Kohelet

Steridzate tas kardias hymon!

Rozkosz być kuszonym

kohelett

Jk 1,1-4

 

Jakub sługa Boga i Pana Jezusa Chrystusa, posyła radosne pozdrowienie dwunastu plemionom diasporze. Bracia moi! Przyjmujcie z radością różne doświadczenia, jakie was spotykają. Wiedzcie, że próba waszej wiary rodzi wytrwałość. A wytrwałość niech was prowadzi ku dojrzałości, abyście byli w pełni doskonali bez najmniejszej skazy, czy wady.

 

el_greco_apostol_sw_jakub_starszy_1606„Jakub sługa Boga” - tak rozpoczyna list. Trochę inaczej niż święty Paweł. Apostoł Narodów najczęściej przedstawia siebie jako Apostoł, czyli ten, który jest posłany przez Jezusa. Jakub mówi o sobie zwyczajnie - jestem dla Was sługą. Użyte w oryginale słowo doulos oczywiście można tłumaczyć jako „sługa”, ale równie dobrze można przełożyć używając: „niewolnik”. W naszym kontekście kulturowym, w naszej historii słowo „sługa” bardziej się kojarzy ze służącym, z lokajem. Czyli to ktoś, kto jest pracowity, uczciwy, rzetelny, dyskretny, doświadczony. Ma jakąś szeroką wiedzę o swojej profesji. Dobry służący często sam wybierał, w jakim domu chce pracować. Jeżeli ewentualnie warunki mu nie odpowiadały, np. uposażenie finansowe, mógł zrezygnować i wybrać inny dom. Takie jest nasze pierwsze skojarzenie ze słowem sługa, służący. Jego biblijny odpowiednik (doulos) nie może się pochwalić takim zakresem swobody. Niewolnik nie wybierał dla kogo pracuje i jak długo. Wykonuje swoje obowiązki, dlatego że jest niewolnikiem swojego pana. Nie pracuję dla jakiejś korzyści - niewolnik nie ma żadnej zapłaty. Nie może mieć postawy roszczeniowej, pretensjonalnej, że mu się coś należy z tytułu wykonanego zadania. Niewolnikowi nie przysługiwało odwoływanie się do karty praw pracowniczych. W takim świetle należy rozumieć słowa Jezusa jakie kierował do swoich uczniów: „Słudzy (czytaj: niewolnicy) nieużyteczni jesteśmy”. „Jestem niewolnikiem, jestem sługą Jezusa” – tak zdaje się przedstawiać św. Jakub -  „i jako niewolnik piszę do Was, aby przekazać to, co tak naprawdę chcę Wam przedstawić sam Zbawiciel”.

A co chce przesłać w pierwszej kolejności Święty Jakub odbiorcom swego listu? „Radosne pozdrowienie”. To wyrażenie chyba trzeba pojmować jako główny wyznacznik całego listu; wszystko, co została napisane, przekazane to radosna nowina. Nawet jeśli coś wydawać by się mogło trudne, obciążające, przygniatające. Smutek jest chwilowy a pozytywny owoc – trwały. I zaledwie Jakub przesyła to radosne pozdrowienie, od razu zachęca, aby z radością, przyjmować różne doświadczenia. Słowo peirasmos można przetłumaczyć jako „czas próby”, „test”, „pokusę”, lub jako swoiste „wabienie”. Taka jest przestrzeń znaczeniowa rzeczownika peirasmos. Zatem widzimy, że owo doświadczenie nie jest czymś miłym przyjemnym i łatwym. Jest trudem. To dlaczego należy je przyjmować z radością? Cieszyć się z tego, że jest się kuszonym? „Tak” - potwierdza św. Jakub.

Kto jest źródłem pokus? Demon. Autor listu zdaje się sugerować, że jeżeli kogoś zły duch nie kusi, nie doświadcza, to może oznaczać, że coś nie tak z jego wiarą. Jeżeli kogoś diabeł nie nakłania do grzechu to uważa, oczywiście patrząc z piekielnej perspektywy, iż taki człowiek, jest niegroźny. Mierny z niego chrześcijanin. Po co walczyć z kimś, kto i tak jest bierny? Nie ma najmniejszego sensu strzelać do żołnierza, który ze strachu ukryty w okopie chce jedynie przeczekać bitwę. Atakuje się tylko tych, którzy są aktywni. Jeżeli zatem diabeł kogoś kusi, doświadcza, szarpie, kąsa to znaczy, że ten człowiek irytuje demona. Takiego należałoby uciszyć, złamać, oderwać od Chrystusa. Im bardziej próbuje nas diabeł rzucić na ziemię tym bardziej się z tego radujmy – przekonuje św. Jakub. Logika podpowiada, że cieszyć się można po zwycięskiej walce. Ale żeby w trakcie? Tak, w trakcie, ponieważ jeżeli jesteśmy doświadczani, to musimy się z czymś zmagać, musimy się odważyć na wysiłek, na trud. Niekiedy trzeba zaryzykować tym, że coś nie wyjdzie, nie uda się, że spotka nas porażka. Przegrywać? Czy jest w tym jakiś sens? Oczywiście! Niepowodzenie wskazuje na coś bardzo ważnego. Wtedy wychodzi na zewnątrz wszystko to, co w nas jest rzeczywiście słabe. Wówczas możemy ujrzeć jakie naprawdę jest nasze serce. Waleczne czy mierne. Nam się może coś wydawać, możemy składać deklaracje, nakładać maskę wojownika. To tylko pusta poza. Mniemanie o sobie samym weryfikuje się dopiero w realnej walce. Dopiero w chwili próby wychodzi, czy rzeczywiście to, co się nam wydaje, jest prawdziwą wartość, czy jakimś blichtr, tanim lakierem, pod którym kryje się jedynie krucha zbroja

Można by to porównać do działań podejmowanych przez koncern motoryzacyjny, który wprowadza nowe model samochodu. Najpierw taki kandydat na cesarza autostrad jest poddawany gruntownym testom. Nawet, jeżeli on elegancko wygląda, jeżeli w dokumentacji wszystko się zgadza a wstępne wyniki badań są obiecujące to i tak trzeba go przeegzaminować realnie na drodze. Najbardziej ekstremalnym sprawdzianem jest crash test. Rozpędza się samochód po to, żeby uderzył w betonową ścianę. Pojazd oczywiście się rozbija, ale i konstruktorzy potem patrzą, które miejsca są najsłabsze po to, aby wszystko, co niepewne uzupełnić, poprawić. Dopiero wówczas, po niezbędnych korektach, taki samochód można oddać do seryjnej produkcji, można go wypuścić na rynek. W takiej perspektywie, w takim polu widzenia św. Jakub postrzega trudne doświadczenia jakie nas spotykają. Nasze upadki, jak w crash teście, wskazują co w nas jest słabe, co należy poprawić. Posiłkując się innym obrazem, zaczerpniętym od św. Teresy z Avila – owo zderzenie odsłania wszystkie miejsca gdzie nasz duchowy mur ma największe wyłomy, szczeliny, pęknięcia. Generalnie – taki jest sens każdych rekolekcji: zderzenie się z Bożym Słowem, aby zobaczyć, co tak naprawdę we mnie jest dojrzałe, a co wątłe, słabe, domagające się poprawy.

„…próba waszej wiary rodzi wytrwałość” – argumentuje św. Jakub. Przyjmowane z radością doświadczenia z czasem zaczną przynosić pierwszy konkretny owoc: hypomone. Czym ona jest? Bynajmniej nie jest to wytrwałość rozumiana jako zaciśnięcie zębów, napięcie mięśni, uparte trzymanie się czegoś, wmawianie sobie: „ja wytrwam”, „wytrzymam”. Użyty tu grecki rzeczownik sugeruje łagodne rozumienie wytrwałości, czułą cierpliwość. Cierpliwość? W stosunku do czego? Wobec siebie samego. Życzliwe przyjmowanie siebie. Nie takie spazmatyczne postanawianie: „ja muszę”, „już nie popełnię żadnego grzechu”. Do czego może prowadzić taka postawa? Do zniechęcenia, załamania, do rozgoryczenia. A hypomone to wytrwałe przyjmowanie siebie samego jak grzesznika, z łagodnością. To życie w permanentnym przebaczaniu sobie swoich wad i niedoskonałości. Doświadczania upadków, trudów utrzymuje człowieka w stanie pokory, w świadomości, że nie jest się w stu procentach idealnym, bez skazy. A z drugiej strony każde potknięcie jest okazją, żeby z ufnością przyjąć Boże miłosierdzie. Pięknie to ujął Papież Franciszek. Na początku swego pontyfikatu powiedział mniej więcej takie słowa: „Bóg nigdy nie jest zmęczony przebaczaniem, to my często jesteśmy zmęczeni proszeniem o przebaczenie”.

Dopiero taka wytrwałość, bez buntu, zniechęcenia, paniki, krzywienia się na siebie samego, prowadzić może, jak pisze św. Jakub, do dojrzałości. My byśmy chcieli wiele spraw „na już”! a tu nie o czas chodzi, ale o trwanie w postawie łagodnego, wytrwałego akceptowanie swej słabości. Cierpliwe powstawanie. Raz kolejny. I ponownie. Aż w końcu zapanuje w naszych sercach nie tyle perfekcyjność co dojrzałość (teleios) w znaczeniu: „mądrość”, „sytość”, „pełnia”. Ogrodniczy przykład: które jabłko uważamy za dojrzałe? To, które jest idealne w swym kształcie, wyróżnia się pięknym kolorem? Czasem się w naturze takie zdarzają. Częściej owoce jabłoni są nieco wykrzywione, nierównomiernie zarumienione. Dojrzałe to takie, które jest po prostu smaczne. Brak w nim kwaśności. Dojrzałe to intensywnie pachnące i soczyste w smaku. Pomimo jakiś mankamentów, pomimo jakiś defektów wizualnych ono jest smakowite. I taki jest cel tych wszystkich doświadczeń, z których mamy się cieszyć. Jeżeli chcemy stać się dojrzałymi uczniami Jezusa i „byli w pełni doskonali bez najmniejszej skazy, czy wady”, musimy przejść przez drogę doświadczeń. I to w postawie radości! Nie ma żadnej drogi na skróty. Zatem cieszmy się , że spotykają nas trudy, że coś nie wychodzi. To zewnętrzne znaki wskazujące, że Jezus przeprowadza nas ku dojrzałości.

Zdarza się czasami, że ktoś chce się mocniej zaangażować w swojej religijności, chce pogłębić swoją wiarę i na przykład angażuje się w jakimś ruchu, w jakiejś wspólnocie. Po jakimś czasie dziwi się, że trwanie w formacji duchowej sprawia, że jest się gorszym niż wcześniej. Wad się pozbywa, ale paradoksalnie jakby przybywa grzechów. I można się trochę załamać - jak to jestem gorszy? Ja tego nie chciałem, ja chciałem być lepszy. Raduj się! Właśnie o to chodzi. To znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze, na bardzo dobrej drodze. Jeżeli, pomimo naszych wysiłków i starań, stajemy się gorszy, jeżeli jesteśmy doświadczani, to zaczyna się ujawniać wszystko, co jeszcze jest w nas niedoskonałe. A poczucie własnej bezsilności jest bramą, przez którą przechodzimy w pole działania Ducha Świętego. On zaczyna wchodzić w te przestrzenie naszego życia, w których my sami jesteśmy bezradni. Naszym zadaniem jest poddać się terapii (np. częstsza spowiedź) bez nerwowego liczenia na efekt końcowy „na teraz”. Bóg decyduje jak długo będzie trwać kuracja. My mamy z radością i cierpliwą wytrwałością przyjmować owe „różne doświadczenia”.

Może zrodzić się pytanie – czy można się mniej więcej domyśleć kiedy Bóg odejmie nam nasze słabości i wady? I tak i nie. Ponieważ to nie czas jest najistotniejszy, ale zmiana mentalności. Dopóki myślimy, że to Bóg ma coś dla nas zrobić – będziemy zmagać się z naszymi grzechami. Oczywiście mógłby jednym małym gestem zabrać od nas wszelkie słabości, ale tego nie uczyni. Póki skupiamy się na grzechach istnieje zagrożenie, że będziemy Boga traktować instrumentalnie, jako tego, który ma nam coś załatwić, abyśmy czuli się komfortowo. Taki duchowy egoizm, w którym brak miejsca na relację osobowa. Ja i moje dobre samopoczucie.

Prawdziwe dojrzewanie chrześcijańskie to ciągle zbliżanie się do Boga, odkrywanie, że jest się akceptowanym i kochanym pomimo swojej grzeszności. Nasze życie zaczyna być soczyste i smakowite, bo przestaliśmy negatywnie patrzeć na swoje wady, czyli odrzucać je, gdzieś je upychać, wyrzekać się ich, czy udawać, że ich nie ma. One są, to są nasze wady, nasze grzechy, które sprawiają, że stajemy się dziurawy, a im więcej tych dziur, tym więcej łaski się w nas wlewa i konsekwentnie przez nas przelewa na ten świat. Posłużmy się jeszcze jednym porównaniem, tym razem zaczerpniętym od św. Brata Alberta. Dojrzały chrześcijanin jest smaczny jak chleb. Niekiedy w jakiś miejscach przyrumieniony, trochę przypalony, ale to wszystko jedynie dodaje mu uroku.

 

© Kohelet
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci